top of page
PXL_20260531_180923667.jpg
NASZA HISTORIA: ZABŁĄDZIĆ, BY ODNALEŹĆ DOM, NASZA DROGA DO LEŚNEGO RESETU
 
Wszystko zaczęło się nad tym samym jeziorem...
Choć oficjalnie poznaliśmy się na żaglach, śpiewając z gitarą przy ognisku, nasza wspólna ścieżka zaczęła się o wiele wcześniej. Ja (Gosia) dorastałam na Kurpiach, biegając po łąkach i kąpiąc się w rzekach, ale każde wakacje spędzałam na Mazurach – zbierając jagody i grzyby, pływając w jeziorze. Mój mąż, Darek, robił dokładnie to samo, nad tym samym jeziorem, zaledwie kilka kilometrów dalej. Od dziecka tętniła w nas ta sama miłość do lasu i wody.
Z czasem połączyliśmy siły i pasje. Ja ukończyłam ochronę środowiska z elementami projektowania krajobrazu, Darek – technikum chemiczne oraz zarządzanie i marketing. Gdy założyliśmy rodzinę, trudna sytuacja w kraju i chęć odkrywania świata popchnęły nas do wyjazdu do Anglii.
 
Angielski epizod i tęsknota za sosen szumem
W Anglii spędziliśmy kilkanaście lat (wioska pod Winchester). Przyciągnęła nas też tamtejsza architektura – czerwona cegła, kamień, drewno i słynne angielskie ogrody (zawsze bliskie naszym sercom). Ponieważ nie mieliśmy własnego kawałka ziemi, opiekowaliśmy się ogrodami innych. Ponosiła mnie tam fantazja – za pieniądze klientów urządzałam ogrody według własnego „widzi mi się”, a oni byli zachwyceni! Nasze dzieci zyskały tam świetną edukację, a praca w zieleni była dla nas czystą przyjemnością.
Jednak przez cały ten czas coś nas mocno ciągnęło z powrotem do warmińsko-mazurskich lasów. W Anglii brakowało nam zapachu sosen, świerków i przestrzeni. Podjęliśmy decyzję: wracamy do czasów naszego dzieciństwa. Wybraliśmy okolice Olsztyna – z racji bliskości natury, ale i cywilizacji. Olsztyn zresztą od razu przypomniał nam angielskie Winchester: rzeka, kamień i ta sama czerwona cegła. 
 
Jak zabłądziliśmy... i znaleźliśmy Śródkę
Pewnego dnia ruszyliśmy na poszukiwania działki. Obejrzeliśmy kilka miejsc i nic nam nie pasowało. Zrezygnowani uznaliśmy, że to chyba nie ten czas, nie to miejsce i pora wracać. I wtedy... zabłądziliśmy. Jeżdżąc wąskimi, krętymi mazurskimi dróżkami, nagle wyjechaliśmy z lasu i naszym oczom ukazała się Śródka. Spojrzeliśmy na siebie, przeszły nam ciarki i oboje powiedzieliśmy: „To jest to miejsce”.
Droga do własnego domu była jednak długa i wyboista. Pieniędzy nigdy nie mieliśmy w nadmiarze, na działkę z ledwością dostaliśmy kredyt. Przez kolejne lata mieszkaliśmy w Anglii, a do Śródki przyjeżdżaliśmy na wakacje... starą przyczepą kempingową. Jaka to była niesamowita radość, gdy wywierciliśmy studnię głębinową i po raz pierwszy trysnęła z niej woda! Wtedy poczuliśmy, że naprawdę możemy tu zamieszkać.
 
Dom budowany z sercem
Sama rozrysowałam i naszkicowałam nasz wymarzony dom, a zaprzyjaźniona architekt przeniosła to do programu budowlanego. Świętowaliśmy i ucztowaliśmy na każdym etapie budowy! Kiedy w końcu postanowiliśmy wrócić do Polski na stałe (najstarszy syn został w Anglii na studiach, ale do dziś współtworzy z nami Forreset, projektuje i stale nas odwiedza), dom był daleki od końca. Budżet pękł, brakowało prądu, hydrauliki i okien, a wszędzie stały budowlane stemple.
Był koniec sierpnia. Wypakowaliśmy cały nasz dobytek do przyszłego garażu. Darek szybko zbił okiennice z desek szalunkowych, na surowy beton (chudziak) położyliśmy dywany, wstawiliśmy łóżka i... zamieszkaliśmy bez okien! Gdy przyszły jesienne chłody, przenieśliśmy się z powrotem do przyczepy kempingowej.
Mieliśmy tam 40-litrowy zbiornik na wodę, więc kąpiel w pięć osób była nie lada wyzwaniem. Zamówiliśmy hydraulika, żeby zrobił absolutną podstawę: hydrofor i bojler. Na surowym betonie postawiliśmy wannę, w otwory na drzwi i okna wkleiliśmy folię. Nie było prądu, więc w łazience odpalaliśmy świece, wstawialiśmy piec gazowy, żeby nagrzać pomieszczenie, i w październiku biegliśmy w kurtkach z przyczepy prosto do gorącej wody. Wokół unosiła się para, hulał wiatr, a ja leżąc w tej wannie wyobrażałam sobie, że kąpię się w jakimś tajemniczym zamku. Na długich przedłużaczach podłączyłam pralkę, żelazko, by dzieci miały czyste ubrania do szkoły. To były piękne, szalone czasy.
 
Każda rzecz ma swoją duszę
Dom budowaliśmy powoli, drobnymi kroczkami, wykorzystując materiały z recyklingu: odzyskane drewno, starą cegłę. Co ciekawe, w pierwszym pokoju, który wtedy wykończyliśmy i w którym razem mieszkaliśmy, dziś znajduje się moja pracownia destylacji – to tam powstają nasze naturalne hydrolaty i olejki. A pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy w tym pokoju, po wykończeniu, było odpalenie kadzidła i włączenie muzyki.
Z kolei stara, żeliwna „koza”, którą pożyczyli nam teściowie, byśmy nie zamarzli (i na której dzieci smażyły rano jajecznicę), dziś ogrzewa naszych gości w apartamencie na poddaszu.
 
Forreset – dzieło całej rodziny
Od początku wiedzieliśmy, że to miejsce musi tętnić twórczością. W międzyczasie ukończyłam profesjonalne studia zielarskie i jako dyplomowany zielarz-fitoterapeuta dbam o zdrowie rodziny i naszych gości. Darek z kolei skończył kurs garncarstwa i tworzy z gliny (w czym też uczestniczę i ja oraz nasze dzieci).
Zanim otworzyliśmy podwoje dla gości, ciężko pracowaliśmy na etatach (ja m.in. w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, która to praca dawała mi wiele satysfakcji z możliwości ochrony tej cennej przyrody), by zarobić na wykończenie tej przestrzeni. W roku, w którym przyjęliśmy pierwszych gości, odszedł mój tata. Kochał Śródkę i Mazury. Zostawił nam swoją ukochaną łódkę – ku jego pamięci stworzyliśmy z niej łądne oczko wodne w ogrodzie.
W Forreset jest cząstka każdego z nas. Znajdziesz tu ręczne, szydełkowe prace mojej mamy, wsparcie teściów i niesamowitą energię naszych synów, którzy ciągle napędzają nas swoimi pomysłami.
Dziś idziemy o krok dalej. Właśnie wykańczamy nową przestrzeń warsztatową oraz dodatkowe miejsca noclegowe, by już lada moment ruszyć z pełnymi warsztatami zielarskimi i ceramicznymi. Forreset to nie jest zwykły biznes. To nasza wywalczona marzeniami historia, którą chcemy się z Wami dzielić.
Rozgość się u nas i poczuj ten reset na własnej skórze.
bottom of page